|
środa, 25 marca 2009
O jejku! Afrokolektyw! Aaa! Oni są świetni i cudowni. Wspaniali oraz doskonali. A ten Afrojax i jego rymy i szlachetne „r”. Mógłby być Francuzem! Mówię Ci – mega gigant. I podobno jest nieślubnym dzieckiem Franka Sinatry. Tak mi mówiła Zocha, która usłyszała gdzieś o tym. Nie, nie wiem gdzie. Może przeczytała na Pudelku? To możliwe przecież. Wszak cały zespół dostał już zaproszenie do „Tańca z gwiazdami” oraz „Celebrity Deathmatch”. Nie, nie ściemniam. Radzą sobie. A takie przecież mają problemy. Nie słyszałaś? Śpiewali o nich na tym koncercie. Jeden z nich jest „Tatą dilera” inny ma problemy, bo jego trener, bodaj, Szewczyk jest dość mocno obrzydliwy. No i widać było, że Afrojax ma deficyt szlafroków. No cóż, niestety nagi nie występował. Nie wiem, czy chcesz wiedzieć, ale zamiast podomki była koszulka Eminema oraz wypchany biustonosz. No i czapka z pomponem gubiona i odnajdywana. Nie ściemniam! Zrobiona na drutach chyba. Z oprzyrządowania znalazł się jeszcze gumowy penis. Tak, zgadzam się. Mmmm… Na szczęście nikt nie umarł zadeptany na śmierć, a zespół grał dalej. Niestety nie wszyscy umiom się bawić. Wyobraź sobie, że część osób krzyczała brzydkie słowo na „wu”. No takie wypieprzać tylko gorzej. Podobno to taka zabawa. Ja nie wiem, ale chłopaki chyba tego nie słyszeli. A jakby usłyszeli i sobie poszli? No ja nie wiem, ja bym się obraziła. A oni zamiast się obrazić to przepraszali. I to jeszcze dwukrotnie! Następnie był jakiś dziwny song, lecz jaki? Tego nikt nie wiedział. Ale najfajniej było jak zagrali piosenkę o informatyku. No wiesz, tą fajną co myślałam nawet, że kiedyś w ESCE puszczą, ale jeszcze nie trafiłam. Zresztą podsłuchałam kolesia, który mówił, że znalazł na Internecie ich płytę i że ją nawet posłuchał przed koncertem i mówił, znaczy po koncercie, że dużo grali właśnie z tej nowej płyty. Nie, ja nie słyszałam. Jak to po co? Poszłam, bo zespół jest świetny! Są tacy przystojni. Ale trochę się martwię, bo byłam ostatnio na ich maj spejsie i tam była apel „pomocy!”. Podobno Afrojax musi iść na operacją penisa. No coś Ty, głupia? Pomniejszania! Ha! Wiedziałam. Nie wiem, ale następnym razem pójdziemy razem i mejbi bejbi uśmiechnie się do nas szczęście. Znaczy wokalista. To ci pa!
A! Bo był jakiś support, ale przyszłam zbyt późno, bo się zasiedziałam w WuZecie licząc, że Afro wcześniej tam przyjdzie, ale się nie udało. Więc nie wiem co i czy grali. Może innym razem.
Afro Kolektyw - 1 marca 2009 - Droga do Mekki - Wrocław
sobota, 14 lutego 2009
Prawdę mówiąc długo zastanawiałem się, czy wybrać się na ten koncert. Kilka nakładających się na siebie czynników działało odstraszająco i tak naprawdę ostatnie chwile oraz tak zwany rzut na taśmę spowodował, że w niedzielny wieczór znalazłem się w okolicach Gumowej Róży, która skusiła mnie swoją ofertą muzyczno – artystyczną. Głównym powodem chwilowego zawahania była moja obecność na poprzednim występie artysty, od którego przecież nie minęło tak wiele czasu. Co prawda nieco inny był skład, troszkę różna muzyka, odrobinę inne miejsce, ale w zasadzie koncert to koncert, czym może się różnić jedno show od drugiego? Wpadając parę chwil po 20 nie spodziewałem się kolejki osób… które odprawiono z kwitkiem. Najwyraźniej zainteresowanie przerosło możliwości pojemnościowe miejsca. A potwierdzenie mojej teorii nadeszło po chwili, kiedy to przebijając się przez tłum utknąłem daleko od sceny i poza możliwością podziwiania co na niej. Na szczęście ze wszystkich zmysłów najprzydatniejszy przy kontemplowaniu muzyki jest słuch. A jako że słuch mam dobry, a małżowiny uszne całkiem zgrabne, to po chwili nie dłuższej niż przekartkowanie „Beniowskiego”, dałem się porwać triu, które przyciągnęło w kazamaty wrocławskiej Gumowej Róży wszystkich spragnionych i głodnych. Sam koncert, mimo spartańskich warunków; braku wentylacji, niemożności ujrzenia niczego na scenie i nieco zbyt natarczywej perkusji, był naprawdę rewelacyjny. Głos niósł się mocny i potężny, co jest o tyle ciekawym zjawiskiem medycznym, iż pan Tomasz tłumaczył się niedyspozycją gardłową związaną z grypą. Gdyby tak brzmiał mój wokal podczas choroby, to podejmowałbym cotygodniowe próby zarażenia się wirusem podczas przejazdów komunikacją miejską. Czyste i dźwięczne dźwięki wydobywane z gitary miło korespondowały z pulsującym, acz nieco za mocno schowanym i zlewającym się z perkusją, basem. Ale rozumiem, że to wina specyficznej akustyki miejsca a nie umiejętności, których odmówić żadnemu członkowi zespołu nie można. Idea akustycznego plumkania nie jest nowa i oryginalna, lecz rozegrana i podana w inteligentny sposób może wnieść coś ożywczego i odmiennego od „standardowego” koncertu. Jednocześnie nie muszą to być konstrukcje – molochy na kilkadziesiąt osób, na którym Katarzyna Nosowska i zespół Hey zbudowali swój koncept „bez prądu”. Zespół nie rozszerzył swojego składu i wystąpił jak zwykle jako trio. Dostaliśmy za to dawkę ciekawych i zróżnicowanych coverów. Pojawiła się, powodując zimne ciarki w okolicach lędźwiowych, republikańska „Biała flaga”. Został też wbity zdecydowanie acz nieco łagodniej niż w wersji oryginalnej „Nóż”. Do tego zaserwowana mieszanka utworów z potężnym, mimo że nieco ugładzonym ze względu na formę koncertu, utworem „Barykady” na czele. Mimo duchoty i istnego stanu oblężenia nie można zbyt wielu negatywnych słów wypowiedzieć czy napisać. Bezpretensjonalne teksty idealnie pasują do warunków wokalnych Lipy, który podporządkowuje im swoją muzykę. Drapieżną, ostrą i bardzo słabo reprezentowaną w Polsce. Ucieczka do przodu, jaką wykonał odchodząc kompozycyjnie i aranżacyjnie od tego co reprezentowało Illusion, może być tylko godna pochwały. Niewielu mamy takich artystów. Tym bardziej cieszy, że unikają sztampy i potrafią nadal czymś zaskakiwać. Lipali - 1 lutego - Gumowa Róża - Wrocław
środa, 11 lutego 2009
Szczerze muszę powiedzieć, że brakowało mi takiego koncertu. Po całej serii mniej lub bardziej nadętych występów przyszedł czas na coś niezobowiązującego i beztrosko radosnego. Wyśmienita okazja pojawiła się w piątkowy wieczór samym środku listopada, gdyż niemal dokładnie po roku do Wrocławia, a dokładniej to w centrum Wrocławia, a dokładniej to do klubu Łykend, zawitał pilski zespół Alians. Mimo fatum unoszącego się nad koncertami Pilan w stolicy Dolnego Śląska – występy odbywały się z problemami lub nie odbywały się wcale – udało się tym razem uniknąć większych wpadek, świetnie zagrać i rozbawić tłumnie zgromadzoną publiczność. Supportować w teorii miały dwa młode składy z Namysłowa; niestety, ze względu na problemy do Wrocławia dotarł tylko jeden. Guarana, bo tak nazywali się wytrwali na placu boju, pozostawiła po sobie niezłe wrażenie. Ci młodzi ludzie idealnie wpasowali się w klimat i mimo pewnych braków technicznych można ich było wysłuchać bez większych zgrzytów. Naturalnie, wolno i wręcz należy zauważyć, że gitarzysta będący wokalistą nie zawsze dawał radę, a jego głos nie był w stanie przebić się przez instrumenty, że drugi gitarzysta wkomponował w niektóre utwory niepotrzebne solówki, które nieszczególnie pasowały do muzyki, ale są to tak naprawdę szczegóły. Nie wiem, czy Guarana odniesie sukces, ale jeśli tylko znajdą wokalistę z charyzmą i ciekawą barwą instrumentu wokalnego to mogą się pokusić o pewną ograniczoną popularność. Czego im szczerze życzę. Po krótkim jednak czasie na scenie zaczęli rozstawiać się Aliansi, a tłum niecierpliwych osób oczekiwał momentu, w którym, niemal jak na komendę, będzie można dopchać się pod scenę i rzucić w wir zabawy. A kiedy wreszcie się zaczęło, nie dawało rady być obojętnym; czy to za sprawą nowszych – no dobrze, tak naprawdę jednego z nowszego singla „Nielegalni” - czy też za sprawą starszych kompozycji - przekrój całościowy bez pominięcia co lepszych utworów. Muzycznie i scenicznie nie zabrakło niczego; ani szaleństw lekko kontuzjowanego Korabola, ani clashowych „Bomb domowej roboty”, ani uroczej niespodzianki w postaci nowego nabytku grającego na klawiszach, że pozwolę sobie na wybiórczy przestrzał piątkowego wieczoru. Bo będący na koncercie i znający Alians wiedzą, że opisywanie ich muzyki na żywo to próba kategoryzacji żywiołu. Można się prześlizgnąć po temacie, można go musnąć, ale do końca opisać ni dy rydy. Nie obyło się bez rozmów pomiędzy Kazim a publicznością. Było także kilka wtargnięć na scenę, które zaowocowały nieprzewidzianymi kolaboracjami wokalnymi. Szczególnie ciekawie zabrzmiało dwóch anonimowych fanów zespołu Alians – wieść gminna niosła, że pochodzącymi z Oławy. Ten fluid przepływający pomiędzy nami – oddalonymi na wyciągnięcie ręki słuchaczami – to naprawdę wyjątkowe uczucie. Konstatacja jaka mnie dopadła w połowie występu, utwierdziła mnie w przekonaniu, że pilski skład za każdym razem potrafił wytworzyć podobną atmosferę i porwać swoje audytorium. Zasługa to nie tylko świetnej muzyki, ciekawych i momentami prowokujących tekstów, ale także tego nieokreślonego zlepku elementów składających się na udany występ. Niestety, po czasie dłuższym niż krótszym, szaleństwa, zarówno pod jak i na scenie, dobiegły końca. Alians wyszedł co prawda na bis, a potem, wywołany przez rozentuzjazmowaną publikę, zrobił to ponownie, ale chwila zakończenia zbliżała się nieuchronnie. Końcowe „Dziękujemy!”, wykrzyczane na kilkadziesiąt gardeł było miłym apogeum całego, jakże udanego wieczoru. Kto nie był, niech żałuje, a kto był, wie, że było świetnie i z radością odlicza dni do następnego koncertu Aliansów we Wrocławiu. Oby jak najszybciej. Alians - 14 listopada - Wrocław - Łykend
piątek, 07 listopada 2008
Hala Ludowa (zwana także Halą Stulecia) to specyficzne miejsce. Wyjątkowe ze względu na swoją historię, robiące niesamowite wrażenie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i piekielnie trudne do nagłośnienia. Moje pierwsze wspomnienia z nią związane kołaczą się w okolicach 1995 roku, ale już wtedy, co pamiętam mimo lat wielu, problemy ze słyszalnością były spore. Od tego czasu miałem jeszcze okazję bywać tam kilkukrotnie i niemal za każdym razem akustycy nie byli w stanie wygrać z materią pozostawioną przez Maxa Berga. W związku z tym, po zeszłorocznej wpadce i nienajlepszym udźwiękowieniu hali sportowej Orbita, miałem obawy dotyczące słyszalności kolejnych zespołów występujących w ramach „Konfrontacji rockowych”. Naturalnie rozumiem, że to rock`n`roll a nie filharmonia, że przejrzystość stoi poniżej energii, czadu i mocy, ale z drugiej strony wizja charkotu i nierozróżnialnych słów płynących ze sceny, nie była niczym pociągającym. Dlatego też, uprzedzając niejako fakty i argumentację, już teraz mogę Państwu zaproponować wspólną akcję koszulkowo – bannerową pod tytułem „Przywróćmy koncerty w Wytwórni Filmów Fabularnych”. Z przyjemnością się oflaguję i wspólnie z osobami przybyłymi w punkt g, odśpiewam specjalnie przygotowaną na tę okazję protest piosenkę. Punktem kulminacyjnym czwartkowego wieczoru był występ zespołu Kult - ostatni w Polsce w ramach październikowo – pomarańczowej trasy. Grupa pod wodzą Kazika od kilku już lat podczas jesiennej smuty odwiedza największe miasta Polski i zapełnia mniejsze oraz większe hale ku uciesze licznej i niesłabnącej rzeszy fanów młodszych i starszych, dużych i małych, dziewczęcych i mężczyźnianych. Nim jednak „najdejlsza ta wiekopomna chwila” trzeba było przebrnąć przez prezentacje zgromadzonych na okoliczność „Konfrontacji rockowych” artystów. Definicji - za internetowym słownikiem języka polskiego PWNu – konfrontacji jest kilka, ale dwie najbardziej interesujące kładą nacisk albo na porównanie albo na spór. Moim marzeniem byłoby postawić na to drugie, przy czym wizja organizatorów obejmuje raczej to pierwsze. Stąd taki a nie inny dobór wykonawców; Czesław Śpiewa, happysad, Męska Muzyka panów Waglewskich oraz Kult. Zachowawczość ponad ryzykiem oraz rutyna nad pazurem. O obsuwie nie warto nawet wspomnieć. To, że będzie, było tak oczywiste, że aż szkoda było patrzeć na ludzi karnie ustawiających się w kolejce, bo „zaraz się wszystko zacznie – tak było napisane w Internecie”. Otóż, moi Drodzy Państwo, Internet kłamie. Nie było powodów do paniki, nerwów oraz pospiesznego biegania wokół monumentalnego budynku w celu znalezienia dodatkowego i „podobno nieobleganego” wejścia. Zresztą proces wchodzenia było stosunkowo sprawnie przeprowadzony i w sznureczku nie stało się zbyt długo. Hala Ludowa, będąca obiektem wyjątkowym, miała także wyjątkowo restrykcyjne podejście do picia alkoholu i palenia papierosów. Wiele osób sarkało i parskało i według mnie, mimo że sam nie palę a i konsumować nie miałem ochoty, całkiem słusznie. Pod tym względem WFF także nokautuje. Wreszcie gromadka, bo o tłumie nie można było jeszcze mówić, tłocząca się pod sceną zapiszczała z radości, a na scenę wkroczył Czesław Mozil z zespołem. I, zgodnie z nazwą swojego projektu, zaśpiewał. Napompowany do granic możliwości hype, zabawna i natrętna promocja oraz marketingowy szpagat (z jednej nogi Nosowska a z drugiej Nergal) utwierdziły dużą część społeczeństwa w przekonaniu, że mamy do czynienia z „wyjątkowym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej”. Przyznam szczerze, że początkowo ja także dałem się nabrać - szczególnie że singlowa kompozycja, która wraz ze świetnym teledyskiem tworzyła uzupełniającą się całość, zapowiadała pewne przewietrzenie. Jednak po trzecim przesłuchaniu płyta okazała się być tym, czym jest w istocie – męczącymi kalkami i schematami muzycznymi wcześniejszych dokonań Mozila (tak, znałem wcześniej Tesco Value) oraz mocno irytującymi tekstami, którym bliżej do dziecięcych rymowanek niźli tekstów mających jakiś sens. Cóż, kolektywny rozum Internautów zebranych na czacie nie okazał się być wystarczająco twórczy. Dlatego też występ w Hali Ludowej nie mógł być dobry. Nie dość, że mieliśmy okazję na własne uszy zobaczyć i na własne oczy usłyszeć, że ukończenie The Royal Danish Academy of Music nie czyni wielkim wokalistą, to na dodatek klimat ogromnego hangaru nie sprzyjał atmosferze rozmowy pomiędzy artystą a publiką. Podobno intymniejsze i bardziej kameralne pomieszczenia wpływają pozytywnie na Czesława, który występy przemienia w mówione happeningi przerywane fragmentami utworów. Taki koncept mógłby dać radę. Być może. Następny w kolejności był happysad. Nie będąc ich targetem, który oscyluje raczej w nieco młodszych oraz nieco innej płci niż ja osobach, postanowiłem nie męczyć ani siebie ani zespołu i uciekłem. Zdecydowaną większość występu spędziłem poza strefą rażenia wokalisty Kuby Kawalca, ale pod koniec występu zasiadłem na trybunach. Wrażenie płytowe zostało zweryfikowane – inspirując się na wzorcach grabażowych, zespół idzie w kierunku gitarowego gryzienia po ogonie, które słyszeć już można było dziesiątki tysięcy razy w milionach konfiguracji. Co nie zmienia faktu, że happysad ma talent do tworzenia piosenek bazujących na nieskomplikowanych ale chwytliwych melodiach. Nie ma w tym iskry, nie ma mocy i nie ma energii. Ale to nie jest granie, które ma rozsadzać i wytwarzać podciśnienie rozrywające słuchacza nowatorstwem. Gimnazjalno – licealna wrażliwość rządzi się swoimi prawami, więc zgredy, takie jak moja skromna osoba, mogą pokiwać głowami, popatrzeć z pobłażliwym uśmiechem, ale nie zmieni to faktu, że chcieliby zamienić się z tą radosną i żywiołowo bawiącą się młodzieżą na miejsca. happysad zabisował i zszedł ze sceny, by ustąpić miejsca rodowi Waglewskich. Męska muzyka to zderzenie dwóch światów; pokoleniowa różnica zaowocowała oryginalnym jak na nasze warunki produktem. Mimo że czuć tu przede wszystkim seniora Wojtka, to producencki sznyt Emade oraz wokalne wejścia Fisza nie pozostawiają wątpliwości, że i Wagiel musiał iść na pewne stylistyczne kompromisy. I dobrze! Ale choć płyta zacna, to koncert w ramach wrocławskiego mini festiwalu do najlepszych nie należał. Zawiodło nagłośnienie, a nienajlepszy klimat przestrzenny na tego typu muzykę zabił czar i magię. W dusznym klubie, z ciężką atmosferą oraz butelką wina byłoby, jestem o tym przekonany na 100%, naprawdę wyśmienicie. W Hali Stulecia było tylko poprawnie. Co prawda nie mieliśmy do czynienia z suchym odegraniem płyty i panowie pokusili się o drobne wstawki, improwizacje oraz pomysłowe aranże, ale całości podciągnąć to nie mogło. Momentami nużyło. Flow i fluidy uleciały gdzieś pod samą kopułę i nijak się ich ściągnąć nie dało. Szkoda. Powoli zbliżał się moment dania głównego. Pozostała tylko jedna przystawka. Jako że kucharz ze mnie mierny postanowiłem, że przed konsumpcją potrawy wieczoru najpierw posłodzę, a potem dopieprzę. Plagiat 199 towarzyszył zespołowi Kult na całej trasie październikowej. Swój ostatni koncert w ramach „pomarańczowej” rozpoczęli mocno, głośno, z energią i bez żadnych kompleksów. Zważywszy na to, że zagrali tak naprawdę po Waglewskich, happysadach i Czesławie należą im się brawa za rozruszanie publiczności, która owładnięta potrzeba rozładowania nagromadzonej nadwyżki mocy od razu rzuciła się w pląsy i tany. Widać było, że zgranie oraz ogranie mają spore. Odnajdują się na scenie i ich występowi nie towarzyszył ten nieco naiwny rodzaj nieupierzonego doświadczenia, które może nieco rozczulać, ale na dłuższą metę jest denerwujące. To był raczej dobrze zaprogramowany mechanizm, w którym wszystko jest odpalane zgodnie z autorskim konceptem na radosny i energetyczny band. Tylko że… (tu rozpocznę diss) ten pomysł nie okazał się szczególnie oryginalny, a na dłuższą metę zwyczajnie męczył. Gdy ze wszystkich stron zostałem zaatakowany kakofonią zlewających się w jedno dźwięków, które świdrując moje bębenki rozwalały mi obydwie półkule jednocześnie, miałem ochotę wsadzić głowę między krzesełka i poprosić o ich złożenie. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie wzmagało się, gdy wokalistka przestawała śpiewać i zaczynała wrzeszczeć. W lirycznym zakresie otrzymaliśmy rodzinne miasto Zygmunta Staszczyka z wyjątkowo irytującą manierą śpiewania wszystkiego w jeden sposób. Wtórował zresztą temu cały zespół, który z uporem godnym lepszej sprawy odgrywał jedną piosenkę w kółko. No, przesadziłem – był jeszcze reggae`owy „Yes I” oraz wyróżniający się i pozostawiający najlepsze wrażenie „Obłęd”. Pojawiające się nawiązania do Bladych Loków mnie nie przekonują. Pomijając oczywiste zbieżności w postaci wokalistki, sekcji dętej oraz chwilowych ucieczek gitary w mocniejsze rejony punktów stycznych nie zauważam. Wrocławianie kompozycyjnie są parę długości do przodu, a ich muzyczna różnorodność nie podlega najmniejszym dyskusjom. Z większości kawałków, którymi plagiat nas uraczył wyziera jednostajność i monotonia stylistyczna. Naturalnie nie oznacza to, że zespół nie odniesie sukcesu. Istnieje wiele przykładów na to, że grając w kółko jeden utwór można sobie powodzenie na rodzimym rynku zapewnić. Akurat – rżnący od trzech płyt jeden kawałek – jest podobnej proweniencji co Plagiat i mimo stylistycznych rozbieżności prezentuje analogiczną filozofię grywania. Publiczność, na koncerty przychodząca tylko poskakać, stanowi całkiem sporą grupę, do której podobna muzyka trafiała, trafia i trafiać będzie. Ja od zespołu wymagam czegoś więcej. Stąd z Plagiatami do porozumienia nie byliśmy w stanie dojść. Kult zabrzmiał źle. Dało o sobie znać nagłośnienie, które zamieniło dźwięk w dolby surround. Atakowany echem zza pleców przesuwałem się po płycie w celu odnalezienia punktu do komfortowego odsłuchu i zabawy. Nie znalazłem. Bas nie istniał, gitary z trudem przedzierały się przez sekcję dętą, klawisze nieśmiało przebijały przez tło, a perkusja głucho odbijała się od wszystkich ścian jednocześnie. Nie wiem, czy zaistniał wybór „mniejszego zła” i postanowiono poświęcić resztę instrumentów i nagłośnić Kazika wraz z sekcją dętą, czy też strunowce były z tyłu naumyślnie i z premedytacją. Fakt faktem pozostał – tęskniłem do dźwiękowego komfortu pozostawionego w WFF. Ale czy Kult zagrał dobrze? Cóż, należałoby odpowiedzieć na pytanie, czy Kult może marnie zagrać. Zapewne twierdząca odpowiedź przejdzie przez myśl temu i owemu, ale będą to po pierwsze głosy nieliczne, a po drugie… uzasadnione. Bo przecież każdemu zdarzyć się może gorszy dzień i spadek formy. Na całe szczęście nie w tym wrocławskim przypadku. Może nie było jakichś wielkich niespodzianek, może nie zaprezentowano żadnego nowego utworu, może dramaturgia występu była powielona po raz osiemset sześćdziesiąty siódmy, ale koncert należał do tych z gatunku dobrych. Ani Kazik, ani zespół nie oszczędzali energii i mimo pewnego zmęczenia trasą dawali z siebie wszystko. Tak samo jak audytorium, które po kilku godzinach oczekiwania dostało porcję większych oraz nieco mniejszych hitów Kultu urozmaiconych filmowymi wizualizacjami. Momentami ich nadmierna dosłowność albo zbytnie eksploatowanie poszczególnych elementów nieco psuło efekt, ale ogólne wrażenie pozostawiły niezłe. Satysfakcja z doboru utworów jest indywidualną sprawą każdego osobnika, ale z mojej strony wyrazić mogę tylko radość ze względu na dużą porcję smacznego i ostrego grania z płyty „Ostateczny Krach Systemu Korporacji” oraz utworu będącego hołdem dla boksera Angelo Jacopucciego z perkusyjną solówką Goehsa. Poza tym mieliśmy, jak to na koncertach Kultu bywa, przekrój całości z tradycyjnymi bisami w postaci „Polski”, „Wolności”, „Krwi boga” oraz „Konsumenta”. Co ciekawe, pierwszą strofę najsłynniejszej piosenki Kultu zaśpiewał jeden z członków Kult ochrony, a drugi zagrał ją na gitarze. Już na sam koniec, po zejściu niemal całego zespołu, Kazik, w dowód wdzięczności, zaśpiewał tradycyjną patriotyczną piosnkę pod tytułem „Sowieci”, niemniej tradycyjną „Moją dzieweczkę” oraz pięciokrotnie się ukłonił dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji całej trasy październikowej, a przede wszystkim nam – publiczności. „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” rzekł i zszedł ze sceny. Konfrontacje rockowe 2008 - Kult, Plagiat 199, Męska Muzyka, happysad, Czesław Śpiewa - 30.10.2008 - Wrocław - Hala Ludowa
niedziela, 19 października 2008
Szczerze przyznam, że początkowe info odnośnie TEGO koncertu w TAKIM miejscu potraktowałem mocno nieufnie. Niby oficjalna strona CRK twierdziła, co twierdziła, ale będąc niewiernym Tomaszem, chciałem wetknąć kursor myszki w linka prowadzącego do potwierdzenia tej informacji przez zespół i managment. Synapsy wyraźnie nie akceptowały związku przyczynowo – skutkowego między „Thee Silver Mt. Zion” a „Centrum Reanimacji Kultury”. Oczami wyobraźni widziałem przyjezdnych, którzy „łażą w rejonach, w które nikt zdrowych zmysłach nie chodzi nocą, ani nawet za dnia”, kanadyjski kolektyw nie mieści się na małej scenie, zrozpaczeni, dla których nie starczyło biletów, szturmem biorą koncertownię, dokonując rzezi na obrońcach biletowego status quo. Na całe szczęście nic z tego się nie spełniło, choć w każdym tym twierdzeniu jest malutkie ziarenko prawdy.
Parę momentów przed godziną dwudziestą natknąłem się na grupę osób, która zdezorientowana stała w okolicach Placu Świętego Macieja. W drodze do celu, podczas której odgrywałem rolę przewodnika, dołączały kolejne osoby i z dość liczną świtą triumfalnie wkroczyłem na dziedziniec CRK. Tłum kłębiących się wokół centralnego punktu, to jest sprawnie przeprowadzanej kontroli opłat i nabijania biletów, zachowywał spokój i opanowanie. Dziwne ze względu na godzinę, która zwiastowała czas rozpoczęcia koncertu. Planowana trzydziestominutowa obsuwa przedłużyła się do godzinnej. I gdy powietrze wewnątrz odpowiednio się zagęściło, a poziom dwutlenku węgla sprawił, że czerwone plamy przed oczami wprowadziły mnie w psychodeliczny nastrój na scenie pojawili się główni aktorzy całego show. Ciasno bo ciasno, ale jakoś się pomieścili. Po krótkim przywitaniu, w którym określili nas jako reprezentację całej Polski, rozpoczęli jedno z jaśniejszych wydarzeń na koncertowej mapie naszego kraju Anno Domini 2008. Już sam początek pozwolił się utwierdzić w przekonaniu, że o selektywnym dźwięku i doskonałej akustyce nie ma co marzyć. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że byliśmy świadkami antytezy dobrego nagłośnienia. Taka specyfika sali - technik robił, co mógł - i nic nam na to poradzić. No, prawie nic, bo krążąc i przesuwając się z miejsca na miejsce dało się znaleźć punkty, w których słyszalność poszczególnych instrumentów zdawała się być na granicy „mniej więcej ok”. I to chyba największy minus całego występu, który mając potencjał bycia na podium „wydarzenia roku” ześlizgnął się ze strefy medalowej. Drugim faux pas były aż dwa przedługaśne i rozwleczone do granic możliwości utwory z tegorocznej płyty „13 Blues for Thirteen Moons”, która, eufemistycznie rzec ujmując, nie powala na kolana. Poza utworem tytułowym, rozpoczynającym zresztą cały koncert, usłyszeliśmy jeszcze „1000000 Died To Make That Sound”. Choć trzeba przyznać że ten drugi miał mocne fragmenty i ocierał się o głośny wyraz aprobaty i gwałtownej próby wciągnięcia powietrza w płuca. Ale gdzie mu tam do będącego o cztery długości lepszym „God Bless Our Dead Marines”, które hipnotyzując sporą część publiczności sprowokowało ją do ekstatycznego pokrzykiwania w takt przygrywających skrzypiec. Słysząc to echo, odbijające się głucho od ceglanych ścian, niemalże podskoczyłem. Magiczna chwila w której słowa „electric chair” zamieniły się w prawdziwy ładunek pozytronowy. Mocne wrażenie pozostawił także „Take These Hands and Throw Them in the River” budujący przytłaczającymi frazami muzycznymi kontrast w stosunku do spokojniejszych i usypiających fragmentów podczas których… rozmawiający, chichoczący i niezainteresowani ludzie psuli nastrój. Nie spodziewałem się tego - liczyłem na większy poziom koncertowej kumacji - ale momentami gwar zagłuszał muzykę. Thee Silver Mt. Zion to zespół wykorzystujący w swoich utworach ciszę oraz pojedyncze plamy dźwięków do budowania całości nastroju. Swoją szosą, zdecydowana większość kompozycji była wydłużona i “pokombinowana” w stosunku do płytowych oryginałów. Można to policzyć jako wielki plus, bo nie ma nic gorszego niż odgrywający w kółko swoje albumy artyści zanudzający zarówno siebie jak i zgromadzone na ich koncertach audytorium. To, co mnie naprawdę zadziwiło, to świetny kontakt muzyków z ludźmi pod sceną. Niecodziennie zdarza się możliwość rozmowy z Efrim Menuckiem, ale „przytulna” sala CRK zagwarantowała bliskość, która do dialogu pomiędzy nami niemalże prowokowała. Były więc wymieniane typowe uprzejmości oraz… rozmowy polityczne. Mimo że Kanada zdawała się być naprawdę odległa, to sława braci Kaczyńskich i ich partii, której skrót w języku angielskim “coś” oznacza, a przetłumaczona pełna nazwa brzmi jak tytuł piosenki Metallicki, dotarła także tam. Cóż, chyba nie o taką „sławę” w świecie nam chodziło. Wyjątkowo trudno odnieść się do wydarzenia, którego bohaterowie, poprzez nieszablonowość i wieczną ucieczkę do przodu, wymykają się wszelkim ocenom i opisom. Przyjęcie jakichkolwiek stałych kryteriów doprowadzić może do kuriozalnej sytuacji, w której banalne twierdzenia próbują zamknąć muzyczną rzeczywistość w ramy będące ogranicznikiem dla dźwiękowej wyobraźni. Stąd te wszystkie zdania powyżej to raczej próba joyce`owego „strumienia świadomości” niźli rzetelna próba zdania relacji z występu bandu nie z tej planety. A o tym jak udane, zarówno dla nas jak i dla zespołu, było to wydarzenie niech świadczy fakt, że po pierwszym, standardowym i zaplanowanym bisie – „Microphones In The Trees” – wyszli ponownie, by zagrać „Horses in The Sky”. A to już naprawdę rzadko spotykane zjawisko na koncertach Thee Silver Mt. Zion. Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra - 11.10.2008 - Wrocław - CRK
poniedziałek, 13 października 2008
Karel Gott, Helena Vondráčková oraz Jožin z bažin. Nikła i niewielka szansa na to, żeby mitologiczny i niewystępujący w przyrodzie „przeciętny Polak” orientował się bardziej w meandrach czeskiej sceny muzycznej. Ta ignorancja - będąca dla wielu osób prawdziwym błogosławieństwem pozwalającym na snucie dziwacznych i w żaden sposób nieuzasadnionych teorii odnośnie nieudolności dźwiękowej naszych południowych sąsiadów - sprawia, że wiele ciekawych wydarzeń z ojczyzny Krecika, prezentowanych na ziemiach polskich, jest traktowanych z przymrużeniem oka i pewną dozą pobłażliwości. A jest to całkowicie nieuzasadnione ze względu na poziom oraz różnorodność tamtejszego rynku muzycznego, który z powodzeniem podbija (o ile pozwolimy sobie na pewną dozę personifikacji tego rynku) zagranicę bliższą jak i dalszą. I właśnie w niedzielny wieczór zawitał jeden z przedstawicieli czeskiej awangardy rockowej, którego klasyfikacja stylowo – gatunkowa jest niemożliwa do zwerbalizowania. „Už Jsme Doma” – bo tak nazywają się ci nieszablonowi artyści – w swojej muzyce miksują ogień z wodą oraz ziemię z powietrzem. Z połączenia tych żywiołów rodzi się mieszanka, która sprawia piorunująco – wybuchowe wrażenie na każdym, kto znajdzie się w obrębie strefy wyznaczanej przez siłę głośników. Ich CV budzi respekt; ilość zrealizowanych projektów duża, lista współpracowników obejmuje między innymi „The Residents”, „Sleepytime Gorilla Museum” czy byłego wokalistę „Dead Kennedys” - Jello Biafrę, a mnogość zagranych koncertów w samych Stanach Zjednoczonych przekracza marzenia naszych rodzimych gwiazd śniących o podboju, niedostępnego podobno dla Słowian, Zachodu. Jeśli dodać do tego wyjątkowe „licentia poetica”, nawiązujące do kafkowskiego klimatu groteski z dodatkową porcją absurdu, sprzedawane za pomocą nietypowych wokaliz oraz zabaw głosowych, to otrzymamy namiastkę tego muzycznego zjawiska, jakim jest „Už Jsme Doma”. Ten mini tour po Polsce to naprawdę jedno z ciekawszych wydarzeń jesiennej alternatywy muzycznej. I co prawda planowany na punkt 20:00 start nieco się opóźnił, ale przyzwyczajona do obsuw wrocławska publiczność nie zbyt mocno kręciła nosami na ten drobny nietakt. Szczególnie że wnętrze klubu jazzowego Rura okazało się być wyjątkowo przyjazne, a cały proces instalowania się muzyków na scenie oraz ludzi pod sceną przebiegł wyjątkowo sprawnie. Wreszcie nastąpił moment, na który wszyscy czekali - zostaliśmy zaatakowani feerią dźwięków, która zalawszy dolne pokłady klubu utopiła nas na dłuższy czas w czeskim morzu kakofonii o niedookreślonej konstrukcji. Punkowo – jazzowo – rockowe łamańce o intrygującej strukturze, pomysłowych wstępach i niespodziewanych przejściach nie mogły się nie podobać. Zdecydowana większość osób siedziała - pląsaniem zajęte było tylko kilka postaci pod samą sceną - ale gorące i długie oklaski po każdym utworze nie miały w sobie ani grama plastikowo – udawanej wdzięczności. Szczere i w żaden sposób niewymuszone zachwyty nie pozostawiały wątpliwości co do uznania, jakiego w te kilkadziesiąt minut dorobiło się „UJD”. Przemykający przez kolejne pieśni Czesi nie odpuszczali ani na chwilę, serwując nam coraz to nowe niebanalności ze swego bogatego repertuaru; momentami kierowali się w stronę iście fantomasowych rejonów, by po chwili powrócić do melodyjnych zaśpiewów na słowiańską nutę, okraszonych cyrkowym wtrętem, prześlizgującym się przy okazji przez punkową estetykę, która szalonym rytmem i zrywami zamykała konstrukty muzyczne mieszając i doskonale się komponując z nieco bardziej stonowanymi fragmentami scenicznego show. Wrażenie bardzo udanego występu potwierdziły bisy, na które zespół, zachęcony gorącymi oraz długimi oklaskami, wychodził kilkukrotnie. Aż do całkowitego wyczerpania i rozładowania baterii - widać było, jak wiele energii włożyli w ten koncert. Żadnego pół gwizdka i cały czas na pełnych obrotach . „UJD” to antonim indolencji twórczej oraz przykład na to, że grając bez ulegania chwilowym modom oraz śpiewając w ojczystym języku można osiągnąć sukces gdzieś indziej niż tylko w lokalnym grajdołku. Czechom możemy tylko zazdrościć. Už Jsme Doma - 28.10.2008 - Wrocław - Jazz Klub Rura
wtorek, 30 września 2008
Podczas tworzenia ważne są trzy elementy. Najsampierw chodzi o to, żeby wybrać odpowiednie pieczywo. Należy pamiętać, że nie jest to „przystawka”, ale pełnowartościowa część całego procesu twórczego. Chrupiąca i przypieczona skórka, będąca kontrapunktem dla delikatnego środka, nie może być zbyt czerstwa - ażeby nie złamać zębów podczas przegryzania, ani zbyt miękka - inaczej źle się będzie rozsmarowywać kolejne elementy wspólnie dążące do ideału kanapki z dżemem.
Po dokonaniu właściwego wyboru na fundament całego przedsięwzięcia, pojawia się odwieczny dylemat smakowo – zdrowotny. Seks czy jedzenie, jajko czy kura, Boże Narodzenie czy Wielkanoc, masło czy margaryna. Obydwie szkoły, zarówno zwolennicy tłuszczów roślinnych jak i zwierzęcych, mają swoje argumenty za i przeciw. Nie czas i nie miejsce na ich przytaczanie – zresztą tak naprawdę ten „Wybór Zofii” jest tylko z pozoru trudny. Tak naprawdę wszyscy od najmniejszego jesteśmy indoktrynowani i socjalizowani w kierunku jednym bądź drugim. Ciężko zwalczyć nawyki wyniesione z domu i wymaga to nie lada wysiłku oraz pokonania słabej silnej woli. Można iść na łatwiznę i posiłkować się mieszaniną jednego i drugiego elementu zmieszanego w „idealnych proporcjach”. Lepszy zgniły kompromis niż kuchenny pat w ramach którego stojąc przed kromką chleba nie możemy się zdecydować na jedną, słuszną i prawdziwie smaczną cząstkę tej zawiłej układanki jaką jest kanapka z dżemem. Ostatnią lecz najważniejszą częścią jest dżem. I o ile w poprzednim podpunkcie rzut monetą miał szansę rozwiązać metafizyczny impas, to otwarcie granic, przemieszanie kulinarnych szkół oraz różnorodne podejścia do tworzenia – zgodnie z zasadami DIY – przetworów sprawiają, że dostajemy niemożliwe do skatalogowania ilości kombinacji i spektrum licznych możliwości zależnych tylko od naszej własnej inwencji twórczej. To prawda że z większością smakowych permutacji mieliśmy już wcześniej możliwość obcować; albo za sprawą krajowych, albo zagranicznych przetwórców. Cała zabawa polega na tym, żeby z bogatego i wielorakiego zbioru dobrać odpowiedni dla nas zestaw owoców, cukrów i żelatyny. Lecz pamiętać należy, że wbrew pozorom to właśnie dżem określa owoce, nie odwrotnie. Ta złota zasada sprawdza się także przy robieniu kanapki z dżemem. Naturalnie o takich subtelnościach, mających niebagatelne przecież znaczenie, jak grubość pajdy chleba, temperatura smarowidła czy też stan skupienia dżemu, nie wspominam, żeby dodatkowo nie komplikować sprawy. Ważne jest, że całość powinna być przepyszna. I właśnie taką przepyszną mieszankę dostaliśmy na koncercie zorganizowanym przez stowarzyszenie „Jazz na kanapie”. Jazz na kanapie 2008: Dzień drugi – Artur Lesicki i Robert Szydło, Open Trio, Me, Myself and I – 13.09.2008 – Oleśnica - MOKIS
czwartek, 18 września 2008
Sobotni start na Scenie Głównej był zdecydowanie lepszy niż piątkowy. Marika to taka pani, która mojemu koledze od Timberlanda pomyliła się z Mariją. Ciepło, miło, miejscami leniwie, miejscami mocniej. Szczególnie że Marta swój aparat głosowy obsługiwać potrafi i zdarza jej się wycisnąć zarówno mocne doły jak i ciekawie brzmiące góry. Stylistycznie, przynajmniej w wersji Coca Coli, usłyszeć można było wypadkową lekkiego reggae, podsypanego bujanymi aranżami, z lekkim odchyłem w stronę dancehallu, która to mieszanka w krakowskiej scenerii i przy współudziale licznej grupy muzyków, w tym chórku, dała efekt doskonałej rozgrzewki do występującego po niej Jamajczyka. A Sean Paul, bo o nim właśnie mowa, to już nie bułka z kremem i możliwość bujania. To obowiązek. To żywioł i szaleństwo. Rozprzestrzeniające się niczym fala tsunami po japońskim wybrzeżu. Na scenie gibają się skąpo ubrane panie nie z Polski, a pod sceną tańczą równie skromnie ubrane panie z Polski. Kto nie tańczy ten z policji pada gdzieś z tłumu, ale przekonywać nikogo nie trzeba. Nieświadoma znajomości tak wielu utworów Seana Paula publika, z lekkim zdumieniem odśpiewuje kolejne hiciory prezentowane w dancehallowej konwencji, która nikogo nie pozostawia obojętnym i wymusza pląsy. Bardziej lub mniej estetyczne ale jednak. Dynamika, energia, Dżamajka, moc i przede wszystkim zabawa. Z niedowierzaniem kręcę głową i z lekkim uśmiechem wypowiadam szeptem zdanie, które przyjdzie mi jednak odszczekać. Później. „Prodigy tego nie przebije”. Królowa hip hopu była następna w kolejce. Tłumaczyła się chorobą. Show, podobnie jak timbelandowe, dziwaczne. Autografy, tancerze, rozmowy, wchodzenie w tłum. I gdzieś na marginesie utwory; „Get Ur Freak On”, Ching - A-Ling”, „Lose Control”, czy też „Supa Dupa Fly”. No good Missy Elliott. Wtedy ustawiała po kątach i wiadomo było, dlaczego ktoś wpadł na pomysł, ażeby ją do Polski sprowadzić. Tylko co z tego? Pozytywne relacje na koncertach osiąga się za pomocą muzyki a nie schodzenia w plebs i integrację autografami. Przykro mi Panienko, nie tak się umawialiśmy. Niby Coke Stage kusiła mnie TCIOFem, ale jako że ostatnio nie miałem okazji do kontestowania żadnego modnego i popularnego w kręgach kultury alternatywnej bandu, to mój wybór padł na ex Borysa. Co prawda lepiej by mi było olewać, gdyby Dejnarowicz nadal tam grywał, ale jak się nie ma, co się lubi… Dlatego w okolice self/titled sceny doszedłem dopiero w okolicach 23. Moim oczom ukazał się tłum osób pod namiotem i jakieś niewyraźne sylwetki w centrum uwagi publiczności. Bez zerkania w program próbowałem przez chwilę rozszyfrować i przypomnieć sobie, kto może zapodawać te bity i strzelać tymi strofami. Utrudnione, ze względu na tragiczną akustykę, która nie pozwalała rozróżnić poszczególnych słów, zadanie rozwiązało się samo. Ktoś za moimi plecami krzyczał zdartym głosem „Sokół!”. Na około mnie koszulki „Prosto”, ze sceny co chwila „zip skład” i „pierdolić policję”. Nierozróżnialne wersy zlewały się w jedno z bitami didżeja Deszczu Strugi. Mnogo osób, aż zadziwiony byłem popularnością hip hopowej estetyki. Do czasu. Dokładnie to do zejścia ze sceny. Wtedy rozległ się nieco chaotyczny, ciężki do wyłowienia tumult. Ogłuszony harmidrem, z nieco otępionymi bębenkami nie rozumiałem, co też ci ludzie skandują. Dopiero któraś z kolei fala była na tyle wyraźna, że mogłem rozróżnić te dwie sylaby. „W Aucie”. I niech „Polityka”, piórem Mirosława Pęczaka ogłasza sobie, że przeboje wakacyjne nie mają już racji bytu. I że od dawna ich funkcję przejęły piosenki wypromowane i odgrywane w ugładzonych play listach stworzonych za pomocą odpowiednich badań na odpowiedniej grupie. Otóż, moi mili, instytucja „przebój lata” nadal istnieje i ma się całkiem nieźle. Co udowodnił tłum osób, w odśpiewanym na parę tysięcy gardeł wakacyjnym hicie z lirycznym refrenem „Będę brał Cię! W aucie!”. Z rozbawieniem zakonotowałem, że osoby w koszulkach „Prosto” z niesmakiem na twarzy opuszczają bawiące się towarzystwo. True fani Sokoła nie zdzierżyli pastiszu i stylistycznej zabawy rapera, w której tribute dla Franka Kimono jest pretekstem do odświeżenia klimatu z dancingów i potańcówek. Pora była najwyższa, by przenieść się pod Main Stage i zobaczyć zespół, dla którego przybyli ci wszyscy tutaj wokół zgromadzeni. Bo pomimo średniej jakości aury - było zimno i zaczynało kapać z nieba - tłum kolejnymi falami nabijał okolice proscenium do granic możliwości. Mimo że ensemble Prodigy szczyty popularności ma już zdecydowanie za sobą, to na ich koncercie bawiła się największa liczba osób. A różnorodność i przekrój publiki budził nawet moje zdumienie; obok białych rękawiczek, gwizdków i dresów, emo fryzury z trampkami, plecaki kostki i długie włosy. Wszystko pomieszane i zmiksowane lejącym się z góry deszczem, prowokującym do ściągania co bardziej mokrych części garderoby - stąd nad wyraz duża liczba ekshibicjonistów. Muzycznie dostaliśmy przekrój twórczości. Największy entuzjazm budziły jednak utwory z „The Fat of the Land” - podczas „Breathe”, „Firestarter” czy „Smack My Bitch Up” tłum wpadał w ekstazę i wyraźnie odlatywał w rejony, które zarezerwowane były do tej pory dla osób łykających pixy. Ciekawie obserwowało się obłędnie walącego w bębny Leo Crabtree`go, którego gra nie porywała ani kunsztem ani innowacyjnością, ale niesamowicie komponowała się z kwaśnymi tańcami Maxima i Keitha. Zresztą ten ostatni, ubrany w pasiastą, czerwono – białą marynarkę z napisem „My dogs will kill you all”, dość swobodnym krokiem schodził ze sceny i maszerował wśród lasu rąk, a swymi wyłupiastymi oczami świdrował publiczność. Widziałem, jak parę osób się wzdrygnęło pod tym wzrokiem. Mnie momentalnie przyszła do głowy postać pewnego błazna… „All my people, all my fuckin` Voodoo People” a wszyscy ludzie byli faktycznie tylko biednymi kukiełkami, którymi zespół sterował niewidzialnymi sznureczkami przenoszonymi za pomocą akustycznej fali dźwiękowej i stroboskopowych świateł. Znalazło się jeszcze kilka mocnych momentów podczas „Warrior's dance” czy też „Beat55”, ale jednolitość tej imprezy nieco mnie nużyła. Brak urozmaiceń i przewidywalność sprawiały lekki zawód. Od samych początków brytyjskiego bandu, mimo że pamiętam je tylko w zarysach, miałem sprzeczne i mieszane uczucia dotyczące ich twórczości. Niby odjazd, niby rave, niby szaleństwo rytmu i tańca, a mnie podczas wyścigów Wipeouta „Firestarter” muliło. Ich język chyba nigdy do końca do mojej skromnej osoby nie trafiał i mimo że będąc pod wrażeniem ich występu, napisać muszę, że scenicznie pozostawiają mocne wrażenia psajkodelicznej jazdy bez trzymanki pasującej do sfiksowanej twórczości gibsonowego cyberpunka, to mnie do końca nie kupują. Natomiast szeroko i szczerze uśmiechnąłem się, gdy operator pokazał na telebimie napis znajdujący się na laptopie stojącym w centralnym punkcie sceny – „Take me to the hospital”. Tak, zdecydowanie Prodigy to chory zespół. Mimo że rozsiewana przez nich przypadłość nie ma takiej mocy jak pandemia z lat 90`, to symptomy nadal są łatwo zauważalne. W tym roku padło na Kraków. Choć sądząc po sile oddziaływania ich twórczości, można zaryzykować twierdzenie, że gniazdo choroby przenieść się może także za rok w nowe miejsce w kraju. Z równie wielkim powodzeniem. Coke Live Music Festival 2008 - 23.08.2008 - Kraków - Lotnisko w Muzeum Lotnictwa |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Linki niesponsorowane
|